czwartek, 28 listopada 2013

Roździał 2



   Stłumione odgłosy spokojnej muzyki odbijały się od ścian opustoszałych korytarzy szkolnych. Skręciłyśmy znudzone w prawo i leniwie ruszyłyśmy w stronę obiegających nas dźwięków. Brzęczące jak natrętny owad jarzeniówki rzucały trupie światło na mleczną twarz przyjaciółki.
   -Możesz mi przypomnieć, po jakiego czorta tam idziemy? - spytała Zuzka, łypiąc piwnymi oczami pomalowanymi w stylu emo.
   -Żeby sobie popatrzeć na ludzi - odparłam obojętnie.
   -Ach tak, zapomniałam - bąknęła i spojrzała przed siebie. - Coś mi się zdaje, że twój pierwszy krok w dorosłość okaże się samobójczym skokiem w przepaść - rzuciła, wykrzywiając usta.
   -Słucham? - Spojrzałam na nią pytająco.
   -Po prostu odnoszę wrażenie, że dotarło do ciebie, że skoro ukończyłaś osiemnaście lat... - Zawachała się prze chwilę, marszcząc swoje brwi. - A zresztą, ty i tak wiesz swoje. - Poprawiła opaskę na kruczoczarnych włosach.
   -O co ci chodzi? - spytałam nieco obruszona.
   -O to, żebyśmy darowały sobie tę nędzną dyskę i zrobiły tył zwrot - odparła
   Westchnęłam ciężko, spoglądając na nią z wyrzutem.
   -No co? - ciągnęła dalej. - Jedyne, co mnie trzyma w tygodniu w tej budzie to grawitacja, a ty żądasz ode mnie, żebym przychodziła tu jeszcze w piątek wieczorem i to na jakąś gibanę na jełopów.
   -Czemu jesteś tak uprzedzona? - Podniosłam głos.
   -Bo cię znam i chcę oszczędzić ci przykrości.
   -Tak? A niby jakich? - Czułam, że zaczynam wrzeć.
   -Widoku mizdrzących się par - stwierdziła dosadnie i zatrzymała się, patrząc na mnie z politowaniem. - Boże, Lara... Skąd u ciebie ten masochizm? Na co ty liczysz, dziewczyno? Opamiętaj się! Pomyślałaś dzisiaj życzenie, zdmuchnęłaś świeczki i co? Masz nadzieje, że niespodziewanie na szkolnych baletach zjawi się książę z bajki, zauważy cię skuloną w kącie i wyzna ci miłość aż po grób?
   -Też coś - parsknęłam ostentacyjnie. - Jeśli uważasz, że tak myślę, to się grubo mylisz - skłamałam i nadęłam policzki.
   -Serio? - spytała, przechylając głowę. - Twoja piękna buźka i błyszczące, zielone oczka mówią mi co innego.
   -Nieprawda! Ja tylko... - Zadrżał mi głos. Wzięłam głęboki wdech i zerknęłam na nią, jak na wcielone zło. - Czemu jesteś taka podła?
   Zuza zaśmiała się pod nosem.
   -Bo jestem twoją przyjaciółką - odparła.
   -Ach... To rzeczywiście wiele tłumaczy - odburknęłam.
   -Lara... - Jej szczupłe dłonie chwyciły mnie za nadgarstki. - Po prostu nie pojmuję, skąd w twoim bystrym umyśle zrodziły się te brednie o przeznaczeniu. Już nie mogę patrzeć, jak się męczysz, czekając na... - Zamilkła na chwilę, jakby szukała odpowiednich słów. - No właśnie. - Dodała cynicznie i  puściła moje dłonie. - Ty nawet nie wiesz, na kogo czekasz. Może on w ogóle nie istnieje?
   -Przyganiał kocioł garnkowi - rzuciłam oschle i ruszyłam przed siebie.
   Zuzka dotrzymała mi kroku. Szła przez chwilę w milczeniu, po czym przygryzła wargę, w której zasrebrzył się drobny kolczyk.
   -Ja Patryka przynajmniej znam - powiedziała. - Wiem dokładnie, kim jest, co lubi, jakie ma wady i zalety. A ty? Zamiast dorwać chłopaka z krwi i kości, wolisz czytać romanse, malować cuda-wianki i bujać w obłokach o boskim dandysie. W realu taki facet, o jakim marzysz po prostu nie istnieje.
   Zacisnęłam zęby, rzucając jej gniewne spojrzenie. Dalsza rozmowa na ten temat zupełnie nie miała sensu. Pomimo tego, że czułam niepojętą złość, nie chciałam się kłócić. Nie dzisiaj. Dzisiaj kończyłam osiemnaście lat. Tak długo czekałam na ten dzień, a on nie różnił się niczym od pozostałych. Wszystko odbyło się tak, jak co roku. Rodzice, Zuzka, życzenia, prezenty i tort ze świeczkami. Tym razem jednak postanowiłam zachować się dojrzalej i zmienić wypowiadane w myślach życzenie. Odkąd skończyłam trzynaście lat, rok w rok, brzmiało ono tak samo: Chcę mieć chłopaka. Każde zdmuchnięcie świeczek, każda spadająca gwiazda i każda rzęsa na policzku wiązała się właśnie z tym zdaniem. Przez te wszystkie lata wypowiedziałam je około tysiąca razy. I nic. Doszło do tego, że klepałam je w myślach jak pacierz, przy każdej nadarzającej się okazji. Lecz w dzień swoich osiemnastych urodzin postanowiłam to zmienić. Zdecydowałam się podejść do sprawy poważnie. Jak dorosła osoba. Jeśli w ogóle można uznać wypowiadanie w kółko tego samego życzenia za coś dojrzałego. Przez ostatni miesiąc przejrzałam setki wierszy, sentencji, aforyzmów i cytatów. Aż w końcu znalazłam. Krótkie, proste zdanie. Zwrot, który wzbudził we mnie nadzieje na miłość i wywołał  na ciele przyjemny dreszcz. Dzisiaj wieczorem, stojąc przed bezowym tortem, zamknęłam oczy, wzięłam głęboki wdech i zdmuchując kolorowe świeczki, wypowiedziałam w myślach swe życzenie: Dwa serca, jedno bicie, niech mnie odnajdzie miłość na całe życie.
   -Dżizas... -  Wymowny jęk Zuzki przerwał moje rozmyślenia. - Gdybyś nie miała dzisiaj urodzin... - Spojrzała na mnie z wyrzutem i pokiwała głową.
   -Co znowu?
   -Larysa, czy ty w ogóle słyszysz, co oni grają? Przecież te smęty nawet trupa przyprawiłyby o mdłości.
   Byłyśmy już na tyle blisko, by rozpoznać brzmienie melodyjnych tonów. Poczułam lekki skręt w żołądku i zaraz skarciłam się za to, że byle piosenka potrafi wywołać we mnie tak emocjonalny stan.
   -Ja akurat lubię ten kawałek. To klasyk - oznajmiłam dumnie.
   -Klasyk? - odparła kpiąco Zuzka - Klasyk to Nirvana. To, co ja słyszę, to trel dzierlatek z późnych lat pięćdziesiątych. Ba! - Uniosła wskazujący palec i nadstawiła ucha. - Trudno to nawet nazwać trelem. I co to w ogóle  za badziewny tekst? - dodała, wykrzywiając usta z obrzydzeniem.
   -To jest piosenka o miłości. Dla wrażliwych ludzi. Musi mieć takie słowa. Ale tobie pewnie lepiej brzmi: Rape me, my friend wykrzyczane przez jakiegoś blond ćpuna?
   -Nie waż się mówić tak o Cobainie - Zuzka zawrzała, rzucając mi wrogie spojrzenie. - Nawet nie wiesz, jakie miała ciężkie życie. Jego rodzina się rozpadła, kiedy miał tylko osiem lat. Osiem, rozumiesz? Wiesz, co to znaczy dla takiego dziecko? - Przełknęła głośno ślinę.
   Dojrzałam żal w jej ciemnych oczach i poczułam skruchę.
   -Nie wiem - przyznałam.
   Domyślałam się do czego zmierza i szczerze jej współczułam. Rodzice Zuzy rozwiedli się, gdy była jeszcze mała. Chyba właśnie dlatego tak kochała muzyków z depresyjnymi doświadczeniami. Upajała się ich twórczością. Znajdowała w niej samą siebie - zagubioną, niekochaną dziewczynkę, która skrywała swe uczucia pod maską zadziory i twardzielki, jaką na co dzień grała.
   Stanęłyśmy w otwartych na oścież drzwiach przestronnej sali gimnastycznej i spojrzałyśmy na siebie wymownym wzrokiem. Czasami się nie zgadzałyśmy, jak to ludzie, ale bywały też takie chwile jak ta. Jedno zerknięcie i rozumiałyśmy się bez słów. Wystarczył moment, by pogodzić się po kłótni bez zbędnych wyjaśnień. To dzięki temu byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami.
   Wolna piosenka płynęła z dużych głośników wiszących wysoko pod sufitem. Subtelne dźwięki I love how you love me, w oryginalnym wykonaniu  The Paris Sisters, kołysały przytulonych do siebie nastolatków. Zwykle pootwierane na oścież okna zasłaniał czarny materiał imitujący szantung. Choć sala była przestronna, czułam jak zewsząd osacza mnie lepka woń potu i słodkich perfum wywołujących mdłości.
   Niewielkie lampki mignęły zielonym światłem i rozjaśniły na krótką chwilę półmrok. 
   - Tam jest w miarę luźno - krzyknęłam do Zuzki, wskazując lukę pod ścianą.
   - Może być - oparła i ruszyła impertynencko przez środek sali.
   Usiadłyśmy obok siebie na na podłodze i zaczęłyśmy bacznie obserwować parkiet.
   Dziewczyny wpatrywały się poddańczo maślanym wzrokiem w swoich partnerów. Zdarzyło się czasem, że ręka amanta zsuwała się nagle na pośladki, lecz wtedy, z wyraźnym oburzeniem, dłonie partnera były przenoszone na wysokość pasa. Niektórych jednak nowa pozycja taneczna zupełnie nie zrażała. Wzbudzała wręcz zadowolenie okazywane figlarnym uśmiechem pojawiającym się na zarumienionej twarzy.
  Po kilku wolnych kawałkach obraz tańczących ludzi przestał mnie jednak bawić. Doszło nawet do tego, że ich widok stawał się nie do zniesienia., a mój urodzinowy nastrój diabli wzięli. Siedziałam skulona, wpatrując się tępo w licealistki wtulone w swoich chłopaków. Widok znajomej całującej się pary ścisnął mnie za gardło i nagle poczułam, jak gorąca łza spływa mi po twarzy. Wyjęłam z torby posrebrzane lusterko po babci, by sprawdzić, czy wodoodporny tusz spełnił swe zadanie. Duże, szmaragdowe oczy spojrzały na mnie smutno. Zwilżyłam językiem drobne usta, wpatrując się w mały nos i zaróżowioną buzię w kształcie serca. Ceniłam swoją oryginalną urodę, choć każdy przypływ radości emocji powodował, że oblewałam się pąsem. Ale i tak los obszedł się ze mną łaskawie. Byłam mu niezwykle wdzięczna za brak problemów z cerą. Wiedziałam, jak wiele dziewczyn cierpiało z powodu zaskórników i pryszczy, które tak trudne było ukryć nawet pod grubą warstwą make-upowej mazi. Choć efekt porannych zabiegów był widoczny gołym okiem, to uważałam, że kosmetyki to wymysł koncernów i mężczyzn. Te pierwsze zamierzały zarobić na kobiecej naiwności, a ci drudzy chcieli umilić sobie życie patrzeniem na lalki Barbie.
   Zamknęłam z wrzaskiem wieczko i powiodłam wzrokiem po twarzach tańczących dziewczyn.

Ogarnął mnie dziwny nastrój, a po głowie zaczęły krążyć przygnębiające myśli.
   Czemu nie tańczyłam na parkiecie w objęciach któregoś z podrostków? Czemu moje kontakty
z chłopakami ograniczały się do wymianu zeszytu od matmy albo spisania pracy domowej na kolanie?
Dlaczego, do licha,oni wszyscy byli tak przeciętni? Dlaczego mimo upływu lat i osiągnięcia pełnoletności
nie wyglądali jak mężczyźni, tylko nadal jak młodziaki?
   Zaczęłam świdrować ich wzrokiem, próbując dostrzec w nich męskie cechy. Na próżno. Matka Natura,
nie wiedzieć czemu, nie okazała się względem nich łaskawa. Pozostawiła ich ciała w tym samym stanie,
jaki pamiętałam z początków ogólniaka. Jeden miał buźkę z rzadką bródką, która imitowała zarost. Na czole drugiego wznosiły się białe wykwity, maltretowane przed lustrem co rano. Cherlawe ramionka trzeciego skrywała wyprasowana przez mamę koszula, a na chudych patykach czwartego wisiały za długie dżinsy ze zbyt wysokim stanem. Jednak nie wszyscy odstraszali swoim wyglądem. Zdarzali się tak zwani przystojniacy. O ich spojrzenie błagały teraz siedzące pod ścianą kociaki z pierwszej klasy. Większość z playboyów posiadało jednak trzy wady. Po pierwsze mieli za dużo luzu pomiędzy czaszką a mózgiem. Po drugie potrafili kochać bezgranicznie i z wzajemnością tylko siebie. A po trzecie ich jedynym hobby było buszowanie po YouTubie albo granie na konsoli.
   Na dwunastu uczniów płci męskiej trafiło się jednak dwóch rodzynków. Przystojni, zabawni, sympatyczni i przede wszystkim normalni. Niestety obaj byli już zajęci i do tego śmiertelnie zakochani.
   Na tym lista szkolnych kandydatów na chłopaka się skończyła. Wchodzili jeszcze w grę ewentualni przyjezdni, lecz nauczona doświadczeniem, omijałam ten gatunek szerokim łukiem. Kilka lat temu zawarłam przyjaźń z zamiejscowym chłopakiem. Spędzał on prawie każde wakacje u rodziny, która mieszkała niedaleko mnie. Byliśmy nie rozłączni. Codziennie rano z zapartym tchem, czekałam, aż w końcu podjedzie na rowerze i ruszymy przed siebie na kolejną wycieczkę w nieznane. To on mi powiedział, że nie można uciekać przed dzikiem , tylko należy paść trupem na ziemię, udając martwą zwierzynę; to z nim po raz pierwszy ujrzałam zaćmienie słońca, doświadczając przy tym dotyku miękkich warg na swoich ustach; to on sprawił, że cały rok szkolny żyłam wspomnieniami, nie mogąc się doczekać nadejścia kolejnych wakacji.
   Lecz pewnego lata wszystko się zmieniło. Jego rodzina sprzedała dom i się wyprowadziła. W miejscu garażu, który był miejscem naszych spotkań, wykopano basen, a mój Mateusz już nigdy się nie pojawił. Te wakacje wspominałam jako czarną plamę.
   Od tamtego czasu zjawiała się nieraz marna namiastka miłości - chłodne pocałunki, nieudolne pieszczoty i
platoniczne wyznania. Żaden związek nie był jednak prawdziwy ani trwały. Czułam, że jestem rozpaczliwie spragniona wzniosłych uczuć - przyśpieszonego bicia serca, ścisku w żołądku, zaślepienia i oddania.
   Ale czy takie uczucia zdarzały się naprawdę? A może miały do nich prawo tylko fikcyjne postacie w książkach?
   Kolejny wolny utwór dobiegł końca i ku naszemu zadowoleniu ciężkie basy huknęły z głośników. Zlepione pary niechętnie
wyplątały się z tanecznych uścisków; dziewczęta zmrużyły oczy drażnione światłem stroboskopu. Ci, którzy do tej pory podpierali ściany, westchnęli z ulgą i niczym żywe trupy - rozprostowując skostniałe kolana i zdrętwiałe stopy - ruszyli zgodnie na parkiet.

   Didżej dmuchął do mikrofonu, puknął dwa razy i odezwał się niskim głosem kiepskiego radiowca:
   -Kochani! To pożegnalny kawałek tego wieczoru. Ostatnia szansa, by poderwać partnera na studniówkę. - Jego głos zabrzmiał jak róg wzywający do polowania.
   -Uuuu!!! - zawyły podekscytowane głosy. Nastolatkowie zaczęli rozglądać się po sali w poszukiwaniu zdobyczy.
   Spojrzałyśmy po sobie, wstałyśmy z podłogi i podążyłyśmy za resztą na środek sali. Basy dudniły w naszych wnętrznościach. Wysokie tony muskały przyjemnie każdy nerw. Moje ciało rwało się do tańca. Potakiwałam rytmicznie głową, unosiłam ramiona ku górze i zaciskając dłonie w pięści uderzałam nimi w powietrze. Po kilku ruchach opuszczałam ręce, by oprzeć rozpostarte palce o napięte uda. Pod wpływem dynamicznej muzyki usta same poruszały się w niemym śpiewie. Czułam, jak brwi, nos i czoło marszczą się, manifestując napływające na twarz emocje. Zerknęłam w bok na gibających się trzecioklasistów. Ich wirujące ciała prezentowały
ponętne wdzięki, a ruchy przypominały taniec godowy strusi. Miałam wrażenie, że nie porywa ich wcale muzyka, tylko zwierzęcy instynkt rozrodczy. Przeniosłam wzrok w głąb sali na dziewczyny z klasy. Pomimo tego, że uważałam się za niebrzydką, to nie dorównywałam im stylem. Jak co dzień, miałam no sobie zwykłe dżinsy, botki i luźną bluzkę. Zero błyskotek, make-upu czy innych ozdób. Ciemnobrązowe, długie włosy miałam ściągnięte w kucyk niedbale związany gumką. A one cóż... Trzeba było przyznać, że poświęciły sporo czasu na przygotowania. Modne i wyzywające ubrania dodawały im animuszu. Dominowały krótkie spódniczki ledwo
zakrywające krągłą część ciała, długie kozaki nad kolano, dekolty uchylające rąbka tajemnicy, okrągłe kolczyki o średnicy dziesięciu centymetrów, żelowe bransoletki wyrażające śmiałe zachcianki, makijaż podkreślający oczy oraz rozprostowane, pocieniowane włosy. Poczułam lekką zazdrość, że się tak nie wystroiłam, lecz na szczęście nie musiałam katować się dłużej ich widokiem, bo ostatnia piosenka tego wieczoru właśnie dobiegła końca.

   

______________________________________________

PRZEPRASZAM, ŻE DODAJE TAK PÓŹNO ALE WCZEŚNIEJ
NIE MIAŁAM CZASU.
Wiecie 3 klasa teraz jest masa nauki. Wczoraj dokończyłam to pisać i 
chciałam wstawić ale u mnie w całym ''mieście'' 
zabrali internet i nie mogłam dodać. 
Wiem, że ten rozdział może nie jest za ciekawy, ale mam
nadzieję, że jednak się wam spodoba.
Następny  rozdział będzie dużo ciekawszy i 
postaram się dodać jak NAJSZYBCIEJ. !!!!!




niedziela, 10 listopada 2013

Roździał 1

Ciekawość 
to pierwszy stopień
do piekła



   Zapach stearyny unosił się w wilgotnym powietrzu. Stałam pośrodku starego cmentarza, patrząc na zapadnięte groby przykryte burą płachtą gnijących liści. Mimo szarówki, ujrzałam w oddali ogromny krzyż rozświetlony blaskiem białych zniczy. Podążyłam ku niemu, zerkając na wąskie ścieżki, przy których znajdowały się zniszczone pomniki otoczone mistyczną aurą. Przy każdym z nich stał poszarzały posąg. Był tu monument kobiety, której dumną twarz wykrzywiał surowy grymas, statua anioła trzymającego z powagą długą trąbę i rzeźba dwójki dzieci, których buzie zamarły w niewinnym uśmiechu.
   Szłam wciąż przed siebie, a jakaś siła ściągała mój wzrok na każdy mijany posąg. Nagle ujrzałam figurę młodej dziewczyny. Jej pochylona, smutna twarz wzbudziła we mnie niepokój. Długa kamienna chusta spływała bezwładnie na jej ramiona, a szczupłe dłonie wskazywały pionową płytę. Nieprzyjemny dreszcz przeszedł mi po plecach, lecz mimo to, pchnięta niewidzialną siłą, podeszłam bliżej i odsłoniłam zarośniętą bluszczem tablicę. Moim oczom ukazały się gotyckie litery, wyryte głęboko w zimnym marmurze. Zamarłam. Słysząc bicie własnego serca, przeczytałam drżącym głosem swoje nazwisko:
   LARYSA KUBUS
   Urodzona 5 listopada 1992 r.
   Umarła, by żyć.
   Stałam w bezruchu, przyglądając się posągowi. Dopiero teraz jego oblicze wydało mi się znajome. Ujrzałam w nim swoją twarz. Wyciągnęłam wilgotną od potu dłoń i dotknęłam kamiennego policzka.
   Nagle wieko grobowca drgnęło i zaczęło przesuwać się w bok. Zerwał się silny wiatr, niosąc ze sobą odgłos zbiorowego krzyku. Nagie gałęzie starodrzewu zdawały się mu przygrywać, uderzając z siłą tarana o wilgotnym pnie. Grupki liści kręciły się wokoło, tworząc małe trąby powietrzne, a strzeliste tuje tańczyły smagane porywistym wichrem. Kamienne postacie, pogrążone dotychczas w wiecznym śnie,  skierowały szeroko otwarte oczy prosto na mnie. Wszystkie, niczym anielski chór, rozchyliły sztywne usta, by powtórzyć cmentarny ryk uwięziony w łacińskich słowach:
   O Fortuna!
   Velut Luna!
   Statu variabilis! [1.]
   Nagle wiatr ustał i zapadła grobowa cisza. Posągi zamilkły, jednak tylko na sekundę. Po chwili rozchyliły usta i zagłuszając huczenie krwi w moich skroniach, zaczęły śpiewać rytmicznie przejmującą pieśń:
   Semper crescis, et decrescis, vita detestabilis
   Nunc obdurate, et tunc curat, ludo mentis aciem
   Egestatem, potestatem, dissolvit ut glaciem 
   Sors immanis, et inanis, rota tu volubilis. [2.]
   Ich śpiew stawał się coraz głośniejszy i potężniejszy. Czułam, jak moje ciało przeszywa dreszcz. Patrzyłam struchlała na marmurowe twarze, zza których zaczęły wyłaniać się postacie ubrane w czerń. Przeniosłam wzrok na funeralny kondukt. Na jego czele szedł wysoki mężczyzna, który podtrzymywał drobną kobietę.
   Cmentarna pieśń zaczęła przybierać na sile. Stała się teraz bardziej wyrazista. Liczba śpiewających głosów zwiększyła się trzykrotnie. Miałam wrażenie, jakby cały cmentarz zbudził si, by zawtórować chórowi:
   Sors salutis!
   Et virtutis!
   Mihi nunc contraria!
   Est affectus!
   Et defectus!
   Semper in angaria! [3.]
   Przyglądałam się żałobnikom, którzy szli powoli w moją stronę. Ich blade oblicza stały się bardziej widoczne. Zapuchnięte od płaczu twarze wykrzywiał grymas rozpaczy. Skupiłam wzrok i niespodziewanie rozpoznałam dwie z nich. Nagle cały świat zawirował wokół mnie, a bębny orkiestry zaczęły uderzać w samym środku głowy. Moje serce trzepotało niczym ranny ptak, który próbuje wzbić się do lotu. Chciałam krzyknąć, ale nie mogłam. Zupełnie jakbym straciła głos.
   Śpiew chóru rósł w siłę. Kobieta z mężczyzną podeszli do mogiły i pochylili się nad otwartym grobem. Krzyknęłam w ich stronę, ale donośny chór mnie zagłuszył: 
   Quod per sortem!
   Sternit fortem!
   Mecum omnes plangite! [4.] 
   Nabrałam ponownie haust powietrza i zmuszając swe gardło do nieludzkiego wysiłku, zawyłam:
   -Maamo! Taato! Ja żyję!
   Chór zamilkł, a wraz z nim cmentarna orkiestra. Dwie pochylające się postacie nawet nie drgnęły. Wciąż patrzyły tępo w środek grobowca. Zerknęłam w stronę odsuniętej płyty. W ciemnościach, na samym dnie, leżało moje ciało - młode, blade, ubrane w białą, atłasową sukienkę. Długie brązowe opadały luźno na bordową poduszkę, trupią bladość policzków maskował delikatny makijaż, zamknięte powieki pokrywał zloty pyłek, a sine usta ożywiał różany błysk pomadki. Powiodłam wzrokiem po swoim sztywnym ciele i w splecionych dłoniach dostrzegłam bukiet konwalii. Świeże, białe dzwoneczki były jedyną rzeczą, w której tętniło teraz życie. Reszta... moje ciało... ja... były martwe. Nie mogłam na siebie patrzeć. Widok własnych zwłok napełniał mnie rozpaczą. Przeniosłam wzrok na żałobników, którzy stali po drugiej stronie grobu. Byli tu wszyscy, których znałam. Wujostwo, dalsza rodzina, sąsiedzi, nauczyciele, rówieśnicy ze szkoły, rodzice, Zuzka i...
   Serce obiło mi się o żebra. 
   A to kto?
   Młody mężczyzna, wyglądający na dwadzieścia kilka lat, lustrował mnie chłodnym spojrzeniem. Jego piękną twarz zdobiły śliczne brązowe kręcone włosy. Rysy Nieznajomego były szlachetne i stanowcze, jednak łagodził je niewielki , prosty nos i zmysłowe usta, które zdawały się być stworzone tylko do jednego. Onieśmielona powiodłam wzrokiem po jego sylwetce. Atletycznie zbudowane ciało mężczyzny podkreślał dopasowany, ciemnoszary płaszcz, którego pagony oraz postawiony kołnierz dodawały właścicielowi osobliwej tajemniczości. Każdy detal jego ubioru, łącznie z lekko rozpiętą koszulą i spodniami eksponującym smukłe nogi, wzbudzał w zachwyt.
   -Kim jesteś? Co tu robisz?- spytałam i usłyszałam, jak zadrżał mi głos.
   Młody mężczyzna spojrzał wymownie w stronę mamy, a ta zaczęła raptownie łkać. Jej przejmujący płacz sprawił, że łzy napłynęły mi do oczu. Widok tego, jak cierpi, był nie do zniesienia. Wstrząsały nią burzliwe spazmy. Męczyła się. Widziałam, że trawi ją ogromny ból. Nagle nabrała rozpaczliwy haust powietrza i wyrzuciła z siebie:
   -Laro, córeczko! - I pochyliła się gwałtownie nad grobem. 
   Jej oczy tonęły w morzu łez, spływających po wykrzywionej twarzy. Klęczała bezwładnie, pożerając bolesnym wzrokiem najgłębsze zakamarki mrocznej nory. Niespodziewanie wyciągnęła ręce w dół wychyliła się raptownie, jakby chciała rzucić się w ciemność, gdzie spoczywały moje zwłoki. Struchlałam. Już niemal widziałam jej upadek, kiedy nagle Nieznajomy doskoczył i pochwycił ją wpół. Mama zlekceważyła go i wyrywała się z uporem w dół. Ignorowała jego silne ramię, zupełnie jakby nie istniał. On jednak skutecznie trzymał ją w talii tak, że nie miała z nim żadnych szans. Jego kształtne ciało prężyło się niczym struna, czoło rzeźbiły pionowe zmarszczki, a szczęki zaciskały się mocno, uwidoczniając stanowczość i siłę.
   -Jeszcze nie nadszedł twój czas - powiedział władczym głosem. -Jeszcze nie teraz, Elżbieto.- Gdy tylko wymówił te słowa, mama jęknęła i osunęła się na ziemię. Łkała niemo w bezruchu, oddychając coraz lżej i spokojniej. Jej zbolała twarz zmieniła się w obliczę porcelanowej lalki. Leżała bezwładnie niczym balon, z którego spuszczono powietrze. Zupełnie jakby wyciekły z niej wszystkie emocje, jakby podała się jakiejś zewnętrznej sile. Nieznajomy odszedł od niej i oparł się o pionową tablicę.
   -Kim jesteś? - ponowiłam pytanie, patrząc nieśmiało w jego chłodne oczy. 
   Mężczyzna potarł zmarszczone czoło.
   -A jak ci się wydaje, kim mogę być?
   -Nie wiem... - zawahałam się przez chwilę. - Mogę jedynie przypuszczać, że...
   -To nie przypuszczaj - przerwał mi dobitnie. - Tak będzie najlepiej, dla ciebie i dla mnie.
   Nie mogłam tak łatwo odpuścić. Choć nogi drżały mi w kolanach, moja ciekawość wzięła górę.
   -Jesteś... Masz coś wspólnego ze śmiercią, prawda? - powiedziałam łamiącym się głosem.
   Jego twarz stężała Stał w bezruchu, przyglądają mi się z zimną wyniosłością. Jego głębokie spojrzenie zaparło mi dech w piersi. Nagle uśmiechnął się cynicznie. 
   -Dam ci dobrą radę, dziewczyno. Nie zgaduj więcej.
   -Słucham? - spytałam cicho.
   -Nie masz pojęcia, kim jestem i niech tak pozostanie - oznajmił o odwrócił się, by odejść.
   -Czyli mam rację, tak? - Chciałam dowiedzieć się czegoś więcej, lecz on zaczął się oddalać. - Poczekaj, odpowiedz mi! - wykrzyknęłam.
   Dałam krok w przód i... straciłam grunt pod nogami. Spadałam bezwładnie, mając wciąż przed oczyma jego piękną twarz. Była taka realna, znajdowała się tak blisko, zupełnie jakby mężczyzna spadał teraz ze mną w dół. Nie mogłam mu się oprzeć. Wyciągnęłam ku niemu dłoń i gdy miałam już dotknąć jego muśniętych wiatrem włosów, uderzyłam z hukiem o twardą powierzchnię.
   Łapczywie nabrałam haust powietrza i otworzyłam szeroko oczy. Oddychałam szybko, a serce waliło mi głucho. Zwilżyłam spierzchnięte usta językiem i rozejrzałam się dookoła. Widniało, a ja leżałam na drewnianej podłodze w skąpanym porannym słońcem pokoju. Odetchnęłam z ulgą. Przeciągnęłam się ostrożnie, sprawdzając, czy jestem w jednym kawałku. Całe szczęście, upadek z łóżka nie spowodował poważnego uszczerbku na zdrowiu.
   -Co za koszmar - jęknęłam, unosząc się na łokciach.
   ,,Ciekawe, czy sen w dzień osiemnastych urodzin ma jakieś znaczenie?" - pomyślałam i sięgnęłam ręką do szafki nocnej, z której wyjęłam stary sennik po babci.
   Przekartkowałam nerwowo pożółkłe strony i znalazłam literkę Ś. 
   Ślad..., ślina..., śmieci... śmierć. Śmierć bliskiego...
   Jest! Własna śmierć.
   Powiodłam palcem po linijce tekstu i przeczytałam na głos:
   -Widzieć siebie jako nieboszczkę wróży początek nowego życia albo wewnętrzną przemianę.
____________________
[1.] O Fortuno! / Niby Księżyc / Nieustannie zmienna (łac.) 
[2.] Ciągle rośniesz lub znikasz, ciemna lub promienna / Życie podłe, wciąż kapryśnie, chłodzi nas lub grzeje / Niedostatek lub bogactwo, jak lód w nim topnieje / Kołem toczy się Fortuna zła i nieżyczliwa (łac.)
[3.] Los zbawienia! / Cnót zasługi! / Przeciw mnie teraz! / W mej słabości / Albo woli! / Wspierały mnie nieraz! (łac.)
[4.] I użalcie się! / Nade mną! /  Ofiarą Fortuny! (łac.)

sobota, 9 listopada 2013

NoTKA !!!!!!


Cześć.!!!!!
Tego bloga założyłam żeby napisać wam historię
z cudownej książki. Mi ona się bardzo spodobała 
mam nadzieję, że wam również się spodoba. ;)
Zmieniłam imiona dwóch postaci występujących w
książce, dlatego iż jestem Directioner postanowiłam
że będzie ciekawiej.  
Z racji tego, że rozdziały są bardzo długie będę je roździelała.

W opowiadaniu One Direction nie istnieje. ;(
Życzę wam miłego czytania. 
Mam nadzieję , że się spodoba. 
POZDRAWIAM. 
Aneta. :* 

Prolog.



Miłość od pierwszego wejrzenia
i przeznaczenie.
Boski plan i diabelskie kuszenie.
Śmierć i odrodzenie. 




Larysa ma jedno marzenie - odnaleźć prawdziwą 
miłość. W dniu osiemnastych urodzin wypowiada
życzenie i wkrótce napotyka na swojej drodze
tajemniczego Harry'ego i kuszącego Zayn'a.

Obaj mężczyźni wydają się jej równie fascynujący,
jednak im bardziej się do nich zbliża, tym większe
grozi jej niebezpieczeństwo.

Dokąd doprowadzi Larysę znajomość z Harrym
 i Zaynem? Jaką tajemnicę kryje każdy z nich?
Czy prawdziwa miłość naprawdę przezwycięża.
wszelkie przeciwności?