czwartek, 28 listopada 2013

Roździał 2



   Stłumione odgłosy spokojnej muzyki odbijały się od ścian opustoszałych korytarzy szkolnych. Skręciłyśmy znudzone w prawo i leniwie ruszyłyśmy w stronę obiegających nas dźwięków. Brzęczące jak natrętny owad jarzeniówki rzucały trupie światło na mleczną twarz przyjaciółki.
   -Możesz mi przypomnieć, po jakiego czorta tam idziemy? - spytała Zuzka, łypiąc piwnymi oczami pomalowanymi w stylu emo.
   -Żeby sobie popatrzeć na ludzi - odparłam obojętnie.
   -Ach tak, zapomniałam - bąknęła i spojrzała przed siebie. - Coś mi się zdaje, że twój pierwszy krok w dorosłość okaże się samobójczym skokiem w przepaść - rzuciła, wykrzywiając usta.
   -Słucham? - Spojrzałam na nią pytająco.
   -Po prostu odnoszę wrażenie, że dotarło do ciebie, że skoro ukończyłaś osiemnaście lat... - Zawachała się prze chwilę, marszcząc swoje brwi. - A zresztą, ty i tak wiesz swoje. - Poprawiła opaskę na kruczoczarnych włosach.
   -O co ci chodzi? - spytałam nieco obruszona.
   -O to, żebyśmy darowały sobie tę nędzną dyskę i zrobiły tył zwrot - odparła
   Westchnęłam ciężko, spoglądając na nią z wyrzutem.
   -No co? - ciągnęła dalej. - Jedyne, co mnie trzyma w tygodniu w tej budzie to grawitacja, a ty żądasz ode mnie, żebym przychodziła tu jeszcze w piątek wieczorem i to na jakąś gibanę na jełopów.
   -Czemu jesteś tak uprzedzona? - Podniosłam głos.
   -Bo cię znam i chcę oszczędzić ci przykrości.
   -Tak? A niby jakich? - Czułam, że zaczynam wrzeć.
   -Widoku mizdrzących się par - stwierdziła dosadnie i zatrzymała się, patrząc na mnie z politowaniem. - Boże, Lara... Skąd u ciebie ten masochizm? Na co ty liczysz, dziewczyno? Opamiętaj się! Pomyślałaś dzisiaj życzenie, zdmuchnęłaś świeczki i co? Masz nadzieje, że niespodziewanie na szkolnych baletach zjawi się książę z bajki, zauważy cię skuloną w kącie i wyzna ci miłość aż po grób?
   -Też coś - parsknęłam ostentacyjnie. - Jeśli uważasz, że tak myślę, to się grubo mylisz - skłamałam i nadęłam policzki.
   -Serio? - spytała, przechylając głowę. - Twoja piękna buźka i błyszczące, zielone oczka mówią mi co innego.
   -Nieprawda! Ja tylko... - Zadrżał mi głos. Wzięłam głęboki wdech i zerknęłam na nią, jak na wcielone zło. - Czemu jesteś taka podła?
   Zuza zaśmiała się pod nosem.
   -Bo jestem twoją przyjaciółką - odparła.
   -Ach... To rzeczywiście wiele tłumaczy - odburknęłam.
   -Lara... - Jej szczupłe dłonie chwyciły mnie za nadgarstki. - Po prostu nie pojmuję, skąd w twoim bystrym umyśle zrodziły się te brednie o przeznaczeniu. Już nie mogę patrzeć, jak się męczysz, czekając na... - Zamilkła na chwilę, jakby szukała odpowiednich słów. - No właśnie. - Dodała cynicznie i  puściła moje dłonie. - Ty nawet nie wiesz, na kogo czekasz. Może on w ogóle nie istnieje?
   -Przyganiał kocioł garnkowi - rzuciłam oschle i ruszyłam przed siebie.
   Zuzka dotrzymała mi kroku. Szła przez chwilę w milczeniu, po czym przygryzła wargę, w której zasrebrzył się drobny kolczyk.
   -Ja Patryka przynajmniej znam - powiedziała. - Wiem dokładnie, kim jest, co lubi, jakie ma wady i zalety. A ty? Zamiast dorwać chłopaka z krwi i kości, wolisz czytać romanse, malować cuda-wianki i bujać w obłokach o boskim dandysie. W realu taki facet, o jakim marzysz po prostu nie istnieje.
   Zacisnęłam zęby, rzucając jej gniewne spojrzenie. Dalsza rozmowa na ten temat zupełnie nie miała sensu. Pomimo tego, że czułam niepojętą złość, nie chciałam się kłócić. Nie dzisiaj. Dzisiaj kończyłam osiemnaście lat. Tak długo czekałam na ten dzień, a on nie różnił się niczym od pozostałych. Wszystko odbyło się tak, jak co roku. Rodzice, Zuzka, życzenia, prezenty i tort ze świeczkami. Tym razem jednak postanowiłam zachować się dojrzalej i zmienić wypowiadane w myślach życzenie. Odkąd skończyłam trzynaście lat, rok w rok, brzmiało ono tak samo: Chcę mieć chłopaka. Każde zdmuchnięcie świeczek, każda spadająca gwiazda i każda rzęsa na policzku wiązała się właśnie z tym zdaniem. Przez te wszystkie lata wypowiedziałam je około tysiąca razy. I nic. Doszło do tego, że klepałam je w myślach jak pacierz, przy każdej nadarzającej się okazji. Lecz w dzień swoich osiemnastych urodzin postanowiłam to zmienić. Zdecydowałam się podejść do sprawy poważnie. Jak dorosła osoba. Jeśli w ogóle można uznać wypowiadanie w kółko tego samego życzenia za coś dojrzałego. Przez ostatni miesiąc przejrzałam setki wierszy, sentencji, aforyzmów i cytatów. Aż w końcu znalazłam. Krótkie, proste zdanie. Zwrot, który wzbudził we mnie nadzieje na miłość i wywołał  na ciele przyjemny dreszcz. Dzisiaj wieczorem, stojąc przed bezowym tortem, zamknęłam oczy, wzięłam głęboki wdech i zdmuchując kolorowe świeczki, wypowiedziałam w myślach swe życzenie: Dwa serca, jedno bicie, niech mnie odnajdzie miłość na całe życie.
   -Dżizas... -  Wymowny jęk Zuzki przerwał moje rozmyślenia. - Gdybyś nie miała dzisiaj urodzin... - Spojrzała na mnie z wyrzutem i pokiwała głową.
   -Co znowu?
   -Larysa, czy ty w ogóle słyszysz, co oni grają? Przecież te smęty nawet trupa przyprawiłyby o mdłości.
   Byłyśmy już na tyle blisko, by rozpoznać brzmienie melodyjnych tonów. Poczułam lekki skręt w żołądku i zaraz skarciłam się za to, że byle piosenka potrafi wywołać we mnie tak emocjonalny stan.
   -Ja akurat lubię ten kawałek. To klasyk - oznajmiłam dumnie.
   -Klasyk? - odparła kpiąco Zuzka - Klasyk to Nirvana. To, co ja słyszę, to trel dzierlatek z późnych lat pięćdziesiątych. Ba! - Uniosła wskazujący palec i nadstawiła ucha. - Trudno to nawet nazwać trelem. I co to w ogóle  za badziewny tekst? - dodała, wykrzywiając usta z obrzydzeniem.
   -To jest piosenka o miłości. Dla wrażliwych ludzi. Musi mieć takie słowa. Ale tobie pewnie lepiej brzmi: Rape me, my friend wykrzyczane przez jakiegoś blond ćpuna?
   -Nie waż się mówić tak o Cobainie - Zuzka zawrzała, rzucając mi wrogie spojrzenie. - Nawet nie wiesz, jakie miała ciężkie życie. Jego rodzina się rozpadła, kiedy miał tylko osiem lat. Osiem, rozumiesz? Wiesz, co to znaczy dla takiego dziecko? - Przełknęła głośno ślinę.
   Dojrzałam żal w jej ciemnych oczach i poczułam skruchę.
   -Nie wiem - przyznałam.
   Domyślałam się do czego zmierza i szczerze jej współczułam. Rodzice Zuzy rozwiedli się, gdy była jeszcze mała. Chyba właśnie dlatego tak kochała muzyków z depresyjnymi doświadczeniami. Upajała się ich twórczością. Znajdowała w niej samą siebie - zagubioną, niekochaną dziewczynkę, która skrywała swe uczucia pod maską zadziory i twardzielki, jaką na co dzień grała.
   Stanęłyśmy w otwartych na oścież drzwiach przestronnej sali gimnastycznej i spojrzałyśmy na siebie wymownym wzrokiem. Czasami się nie zgadzałyśmy, jak to ludzie, ale bywały też takie chwile jak ta. Jedno zerknięcie i rozumiałyśmy się bez słów. Wystarczył moment, by pogodzić się po kłótni bez zbędnych wyjaśnień. To dzięki temu byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami.
   Wolna piosenka płynęła z dużych głośników wiszących wysoko pod sufitem. Subtelne dźwięki I love how you love me, w oryginalnym wykonaniu  The Paris Sisters, kołysały przytulonych do siebie nastolatków. Zwykle pootwierane na oścież okna zasłaniał czarny materiał imitujący szantung. Choć sala była przestronna, czułam jak zewsząd osacza mnie lepka woń potu i słodkich perfum wywołujących mdłości.
   Niewielkie lampki mignęły zielonym światłem i rozjaśniły na krótką chwilę półmrok. 
   - Tam jest w miarę luźno - krzyknęłam do Zuzki, wskazując lukę pod ścianą.
   - Może być - oparła i ruszyła impertynencko przez środek sali.
   Usiadłyśmy obok siebie na na podłodze i zaczęłyśmy bacznie obserwować parkiet.
   Dziewczyny wpatrywały się poddańczo maślanym wzrokiem w swoich partnerów. Zdarzyło się czasem, że ręka amanta zsuwała się nagle na pośladki, lecz wtedy, z wyraźnym oburzeniem, dłonie partnera były przenoszone na wysokość pasa. Niektórych jednak nowa pozycja taneczna zupełnie nie zrażała. Wzbudzała wręcz zadowolenie okazywane figlarnym uśmiechem pojawiającym się na zarumienionej twarzy.
  Po kilku wolnych kawałkach obraz tańczących ludzi przestał mnie jednak bawić. Doszło nawet do tego, że ich widok stawał się nie do zniesienia., a mój urodzinowy nastrój diabli wzięli. Siedziałam skulona, wpatrując się tępo w licealistki wtulone w swoich chłopaków. Widok znajomej całującej się pary ścisnął mnie za gardło i nagle poczułam, jak gorąca łza spływa mi po twarzy. Wyjęłam z torby posrebrzane lusterko po babci, by sprawdzić, czy wodoodporny tusz spełnił swe zadanie. Duże, szmaragdowe oczy spojrzały na mnie smutno. Zwilżyłam językiem drobne usta, wpatrując się w mały nos i zaróżowioną buzię w kształcie serca. Ceniłam swoją oryginalną urodę, choć każdy przypływ radości emocji powodował, że oblewałam się pąsem. Ale i tak los obszedł się ze mną łaskawie. Byłam mu niezwykle wdzięczna za brak problemów z cerą. Wiedziałam, jak wiele dziewczyn cierpiało z powodu zaskórników i pryszczy, które tak trudne było ukryć nawet pod grubą warstwą make-upowej mazi. Choć efekt porannych zabiegów był widoczny gołym okiem, to uważałam, że kosmetyki to wymysł koncernów i mężczyzn. Te pierwsze zamierzały zarobić na kobiecej naiwności, a ci drudzy chcieli umilić sobie życie patrzeniem na lalki Barbie.
   Zamknęłam z wrzaskiem wieczko i powiodłam wzrokiem po twarzach tańczących dziewczyn.

Ogarnął mnie dziwny nastrój, a po głowie zaczęły krążyć przygnębiające myśli.
   Czemu nie tańczyłam na parkiecie w objęciach któregoś z podrostków? Czemu moje kontakty
z chłopakami ograniczały się do wymianu zeszytu od matmy albo spisania pracy domowej na kolanie?
Dlaczego, do licha,oni wszyscy byli tak przeciętni? Dlaczego mimo upływu lat i osiągnięcia pełnoletności
nie wyglądali jak mężczyźni, tylko nadal jak młodziaki?
   Zaczęłam świdrować ich wzrokiem, próbując dostrzec w nich męskie cechy. Na próżno. Matka Natura,
nie wiedzieć czemu, nie okazała się względem nich łaskawa. Pozostawiła ich ciała w tym samym stanie,
jaki pamiętałam z początków ogólniaka. Jeden miał buźkę z rzadką bródką, która imitowała zarost. Na czole drugiego wznosiły się białe wykwity, maltretowane przed lustrem co rano. Cherlawe ramionka trzeciego skrywała wyprasowana przez mamę koszula, a na chudych patykach czwartego wisiały za długie dżinsy ze zbyt wysokim stanem. Jednak nie wszyscy odstraszali swoim wyglądem. Zdarzali się tak zwani przystojniacy. O ich spojrzenie błagały teraz siedzące pod ścianą kociaki z pierwszej klasy. Większość z playboyów posiadało jednak trzy wady. Po pierwsze mieli za dużo luzu pomiędzy czaszką a mózgiem. Po drugie potrafili kochać bezgranicznie i z wzajemnością tylko siebie. A po trzecie ich jedynym hobby było buszowanie po YouTubie albo granie na konsoli.
   Na dwunastu uczniów płci męskiej trafiło się jednak dwóch rodzynków. Przystojni, zabawni, sympatyczni i przede wszystkim normalni. Niestety obaj byli już zajęci i do tego śmiertelnie zakochani.
   Na tym lista szkolnych kandydatów na chłopaka się skończyła. Wchodzili jeszcze w grę ewentualni przyjezdni, lecz nauczona doświadczeniem, omijałam ten gatunek szerokim łukiem. Kilka lat temu zawarłam przyjaźń z zamiejscowym chłopakiem. Spędzał on prawie każde wakacje u rodziny, która mieszkała niedaleko mnie. Byliśmy nie rozłączni. Codziennie rano z zapartym tchem, czekałam, aż w końcu podjedzie na rowerze i ruszymy przed siebie na kolejną wycieczkę w nieznane. To on mi powiedział, że nie można uciekać przed dzikiem , tylko należy paść trupem na ziemię, udając martwą zwierzynę; to z nim po raz pierwszy ujrzałam zaćmienie słońca, doświadczając przy tym dotyku miękkich warg na swoich ustach; to on sprawił, że cały rok szkolny żyłam wspomnieniami, nie mogąc się doczekać nadejścia kolejnych wakacji.
   Lecz pewnego lata wszystko się zmieniło. Jego rodzina sprzedała dom i się wyprowadziła. W miejscu garażu, który był miejscem naszych spotkań, wykopano basen, a mój Mateusz już nigdy się nie pojawił. Te wakacje wspominałam jako czarną plamę.
   Od tamtego czasu zjawiała się nieraz marna namiastka miłości - chłodne pocałunki, nieudolne pieszczoty i
platoniczne wyznania. Żaden związek nie był jednak prawdziwy ani trwały. Czułam, że jestem rozpaczliwie spragniona wzniosłych uczuć - przyśpieszonego bicia serca, ścisku w żołądku, zaślepienia i oddania.
   Ale czy takie uczucia zdarzały się naprawdę? A może miały do nich prawo tylko fikcyjne postacie w książkach?
   Kolejny wolny utwór dobiegł końca i ku naszemu zadowoleniu ciężkie basy huknęły z głośników. Zlepione pary niechętnie
wyplątały się z tanecznych uścisków; dziewczęta zmrużyły oczy drażnione światłem stroboskopu. Ci, którzy do tej pory podpierali ściany, westchnęli z ulgą i niczym żywe trupy - rozprostowując skostniałe kolana i zdrętwiałe stopy - ruszyli zgodnie na parkiet.

   Didżej dmuchął do mikrofonu, puknął dwa razy i odezwał się niskim głosem kiepskiego radiowca:
   -Kochani! To pożegnalny kawałek tego wieczoru. Ostatnia szansa, by poderwać partnera na studniówkę. - Jego głos zabrzmiał jak róg wzywający do polowania.
   -Uuuu!!! - zawyły podekscytowane głosy. Nastolatkowie zaczęli rozglądać się po sali w poszukiwaniu zdobyczy.
   Spojrzałyśmy po sobie, wstałyśmy z podłogi i podążyłyśmy za resztą na środek sali. Basy dudniły w naszych wnętrznościach. Wysokie tony muskały przyjemnie każdy nerw. Moje ciało rwało się do tańca. Potakiwałam rytmicznie głową, unosiłam ramiona ku górze i zaciskając dłonie w pięści uderzałam nimi w powietrze. Po kilku ruchach opuszczałam ręce, by oprzeć rozpostarte palce o napięte uda. Pod wpływem dynamicznej muzyki usta same poruszały się w niemym śpiewie. Czułam, jak brwi, nos i czoło marszczą się, manifestując napływające na twarz emocje. Zerknęłam w bok na gibających się trzecioklasistów. Ich wirujące ciała prezentowały
ponętne wdzięki, a ruchy przypominały taniec godowy strusi. Miałam wrażenie, że nie porywa ich wcale muzyka, tylko zwierzęcy instynkt rozrodczy. Przeniosłam wzrok w głąb sali na dziewczyny z klasy. Pomimo tego, że uważałam się za niebrzydką, to nie dorównywałam im stylem. Jak co dzień, miałam no sobie zwykłe dżinsy, botki i luźną bluzkę. Zero błyskotek, make-upu czy innych ozdób. Ciemnobrązowe, długie włosy miałam ściągnięte w kucyk niedbale związany gumką. A one cóż... Trzeba było przyznać, że poświęciły sporo czasu na przygotowania. Modne i wyzywające ubrania dodawały im animuszu. Dominowały krótkie spódniczki ledwo
zakrywające krągłą część ciała, długie kozaki nad kolano, dekolty uchylające rąbka tajemnicy, okrągłe kolczyki o średnicy dziesięciu centymetrów, żelowe bransoletki wyrażające śmiałe zachcianki, makijaż podkreślający oczy oraz rozprostowane, pocieniowane włosy. Poczułam lekką zazdrość, że się tak nie wystroiłam, lecz na szczęście nie musiałam katować się dłużej ich widokiem, bo ostatnia piosenka tego wieczoru właśnie dobiegła końca.

   

______________________________________________

PRZEPRASZAM, ŻE DODAJE TAK PÓŹNO ALE WCZEŚNIEJ
NIE MIAŁAM CZASU.
Wiecie 3 klasa teraz jest masa nauki. Wczoraj dokończyłam to pisać i 
chciałam wstawić ale u mnie w całym ''mieście'' 
zabrali internet i nie mogłam dodać. 
Wiem, że ten rozdział może nie jest za ciekawy, ale mam
nadzieję, że jednak się wam spodoba.
Następny  rozdział będzie dużo ciekawszy i 
postaram się dodać jak NAJSZYBCIEJ. !!!!!




1 komentarz:

  1. Już się nie mogę doczekać kolejnego *-* Ten rozdział jest naprawdę wspaniały <33 Wszystko tak fajnie opisujesz, aż chce się więcej :**
    P.S. U mnie dziś pojawi się siódemka: http://withumylifeisbetter.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń